W poszukiwaniu nowej drogi – Wiktoria Łabędzka

Choć niedawno rozstała się z pracą w Lechu Poznań, sam klub zajmuje szczególne miejsce w jej sercu. Wiktoria to kibicka i dziennikarka sportowa, która wspierała szeregi biura prasowego Kolejorza. W rozmowie ze mną opowiada o codziennej pracy za zapleczem oraz swoich dalszych planach.

Czym dokładnie zajmowała się Pani w Lechu?

– Głównie tym, co bardzo chciałam i nadal chcę robić, czyli pisaniem. O pierwszym zespole, czasem akademii czy sprawach marketingowych. Muszę przyznać, że to właśnie praca w Lechu w pewien sposób ukształtowała mnie dziennikarsko, ponieważ tu doszło do takiego pierwszego, poważnego kontaktu z tym zawodem i bardzo wiele zawdzięczam osobom, które nade mną czuwały przez te lata. Było ich kilka, ale od każdego mogłam coś podpatrzeć, czegoś się nauczyć i to niezmiernie sobie cenię. Czasem bywały to także rzeczy, które nie przychodzą na myśl, gdy słyszy się o biurze prasowym, ale wynikało to ze specyfiki dnia meczowego, który ze względu na pandemię uległ licznym zmianom. Ostatnie miesiące to współpraca przy tworzeniu kontentu na konto na TikTok-u, choć kilkukrotnie udało się wspomóc również inne portale. Jeśli chodzi o ten wymieniony, cieszy mnie, że przed moim odejściem udało się przekroczyć próg piętnastu tysięcy obserwatorów, ponieważ oznacza to, że kilka rzeczy się sprawdziło, a warto pamiętać, że to stosunkowo nowy kanał komunikacyjny dla klubów ekstraklasy. Tak naprawdę w dziale mieliśmy do czynienia ze ścisłą współpracą całego zespołu, który na wielu płaszczyznach się po prostu uzupełnia.

Jak zaczęła się Pani przygoda ze sportem?

– Swego czasu próbowałam wielu sportów, z lepszym bądź gorszym skutkiem, ale tak naprawdę wszystko kręciło się wokół futbolu. Jako dziecko zawsze lubiłam mieć piłkę przy nodze, zaczęło się oczywiście od kopania na podwórku lub na korytarzu, był epizod, gdy byłam czynną zawodniczką, lecz nie udało mi się zrobić kariery. Być może to kwestia zdolności, które w kluczowych momentach zostawały przytłumione przez presję, być może niewielkich możliwości na ich pokazanie i rozwój. Prawdziwą ofertę otrzymałam dopiero w wieku, gdy powinnam regularnie trenować i grać, a dodatkowo przyświecały mi wtedy nieco inne priorytety. Całe szczęście miałam chłopaka, obecnie narzeczonego, z którym zaczęliśmy chodzić na mecze, przez co ta miłość pozostała. Na pewnym etapie życia, uznałam, że dziennikarstwo to sposób na pozostanie przy sporcie i możliwość wyrażenia siebie. I pomimo, że to specyficzna branża, która zmaga się z pewnymi problemami, uważam, że wybranie studiów dziennikarskich było dobrym posunięciem, które pozwoliło mi spełnić coś, o czym nie śmiałam nawet marzyć.

Jaki najciekawszy moment związany z piłką nożną przeżyła Pani dotychczas?

– Chciałabym powiedzieć, że takowy wciąż przede mną. Tak naprawdę to, co dotychczas należałoby rozdzielić na płaszczyznę zawodową oraz sportową. Jeśli chodzi o to drugie, myślę, że bez wątpienia mogę wymienić spotkanie Lecha w Charleroi. Spotkanie niezwykle ważne, bo to one dało nam przepustkę do ponownego zaistnienia na kontynencie. Zresztą same okoliczności były tu niezapomniane, bo ze względu na obostrzenia związane z pandemią, tłukłyśmy się w znacznie okrojonym składzie klubowym autokarem aż do Belgii! Tam musieliśmy wykonać znaczną część pracy, która wykraczała ponad to, co robimy na co dzień.  I choć trochę tego było, zwieńczenie całości – naprawdę, świetnie przeżycie. Być na trybunach niemalże pustego stadionu, widzieć ludzi, którzy wyszli na balkony tylko po to, żeby zobaczyć fragmentu meczu – bardzo zaciętego, ale i mądrego w naszym wykonaniu. Przede wszystkim – to napięcie i ogromna radość po ostatnim gwizdku sędziego, wtedy to do końca chyba do mnie nie docierało, byłam mega skupiona na zadaniu, a tego dnia pracowałam z kamerą. Z czasem emocje zaczęły brać górę, by w drodze do domu pomyśleć sobie: wow, dla takich momentów naprawdę warto. Gdy w Poznaniu działa się feta, my dopiero wracaliśmy, ale to wspomnienie pozostanie ze mną na długo. Spotkanie z Benfiką również było ciekawym przeżyciem, a przede wszystkim wyzwaniem logistycznym, ponieważ wiele rzeczy wydawało się po prostu nowymi. Otoczka rozgrywek zrobiła na mnie ogromne wrażenie i ten dzień – mimo porażki – także zapamiętam. Takich momentów można wymieniać wiele, bo naprawdę to, co działo się przez te lata… czasem aż brak mi słów.
Jeśli chodzi natomiast o płaszczyznę zawodową, chyba każdy taki mały, osobisty sukces, a przede wszystkim to, że przez ponad dwa lata mogłam współtworzyć klub, z którym się identyfikuję. Sporą dumę odczułam także, gdy udało nam się wydać program meczowy, zresztą po kilkumiesięcznej przerwie, podczas wspomnianych zmagań Lecha w Europa League. Odbieram to bardzo personalnie, ponieważ właśnie w ten sposób zaczęły się moje poważne związki z klubem w rozumieniu pracodawcy. Tym razem mogłam pokierować procesem powstania całości, realnie przyczyniłam się do odświeżenia tego formatu, więc było to niezwykłe przeżycie. Bardzo mnie cieszy pozytywny odbiór wydania.

Instagram: w_labedzka, fot. Joanna Szubzda

Jakie jest Pani marzenie i dalsze plany zawodowe? 

– Chcę wrócić, a może przede wszystkim pozostać w dziennikarstwie. Gdy ogłosiłam rozstanie się z klubem, otrzymałam wiele ciepłych wiadomości motywujących mnie do działania. Ostatnie tygodnie dały mi w kość na uczelni, bo warto pamiętać, że nadal się kształcę, ale teraz czas przekuć słowa w czyny i coś znaleźć. Tych ponad dwa lata w klubie poszerzyło mi ogląd na wiele spraw czy sprawiło, że zainteresowałam się innymi dziedzinami, choćby public relations. Jakkolwiek to zabrzmi, to niezwykle ciekawe móc obserwować działanie ogromnego żywego organizmu właśnie na tych płaszczyznach. To także zwiększa pole manewru, zatem liczę na to, że uda mi się zaliczyć łagodne lądowanie w nową rzeczywistość.  

Jak wygląda praca w Biurze Prasowym tak dużego i znanego klubu jak Lech Poznań?

– Sądzę, że praca w biurze prasowym klubu sportowego, niezależnie od renomy, wymaga sporych zdolności, elastyczności, a często odporności na stres. Specyficzne środowisko oraz dynamika zdarzeń wymaga szybkiego działania. Czasem dokładnie ułożony plan potrafi wziąć w łeb dosłownie w ułamku sekundy. Zależy nam na dobrym kontakcie z kibicami, zatem zawsze chciałoby się dostarczać odpowiedni kontent, który przyciągnie ich uwagę. I tu pewne utrudnienie w ostatnich miesiącach to koronawirus, bowiem pandemia uszczupliła pole działania medium nie tylko zewnętrznym, ale także wewnętrznym. 
Sięgając po literaturę przedmiotu podczas pisania pracy na studia, spotkałam się ze stwierdzeniem, że brak sukcesu sportowego nie wyklucza sukcesu komunikacyjnego. Sądzę, że w naszym środowisku, to trudne, ponieważ niepowodzenie zespołu odbija się na pracy, a w szczególności sposobie postrzegania całego klubu. Oczywiście, można powiedzieć, że są założenia, które wciąż można spełnić, ale mamy tu do czynienia z zupełnie innym odbiorem. Gdy drużynie nie idzie, da się wyczuć pewne negatywne nastawienie, co zrozumiałe, bo człowiek szuka sposobu na wyzbycie się pewnych rzeczy, lecz warto pamiętać, że pracownicy to także ludzie, często – a w przypadku biura prasowego Lecha całościowo – kibice, będący z tym klubem od wielu lat. Kiedyś w twitterowym wpisie, bodajże dziennikarza weszlo.com, Damiana Smyka można było przeczytać, że po porażce da się odczuć z ich strony ogromną złość, smutek, rozczarowanie. I absolutnie się z tym zgadzam, bo to coś, co wielokrotnie mi towarzyszyło. Gdy nieco ochłoniesz, zaczynasz się zastanawiać, o czym napiszesz w następnych dniach. Kryzys przekłada się na możliwości twórcze, ponieważ nie poruszysz pewnych spraw lub będziesz mieć problem ze zdobyciem wypowiedzi zawodnika. Zupełnie inna sprawa to moment, w którym zespół ma serię dobrych wyników: można powiedzieć, że wtedy strona internetowa zapełnia się ciekawymi materiałami wręcz samoczynnie. To środowisko bardzo afektywne, a w klubie, gdzie oczekiwania są ogromne, czyli w Lechu, to wszystko oddziałuje ze zdwojoną siłą.
Patrząc z perspektywy pracownika: ostatnie pół roku chyba każdemu z biura prasowego Lecha mocno dało w kość. Gra co trzy dni to „sól futbolu”, ale wiązała się z ogromnym nakładem pracy i sporą liczbą nadgodzin (śmiech). Tak naprawdę, wbrew pozorom, rzeczy do wykonania w przeddzień meczu czy nawet wcześniej było znacznie więcej niż podczas samego matchday.

Instagram: w_labedzka, fot. Przemysław Szyszka

Co myśli Pani o obecnej kondycji drużyny?

– Coś tu nie trybi – to pierwsze, co przychodzi mi na myśl. Zdawało się, że okres przygotowawczy był całkiem w porządku, lecz przychodzi liga i… znów mamy do czynienia ze starymi demonami. Trudno powiedzieć, czy to wyłącznie wpływ braku kluczowych zawodników. Sama drużyna to ciekawa mieszanka: graczy należących do czołówki ekstraklasy, będących pewnymi indywidualnościami oraz młodzieży, wychowanków, którzy mają w sobie to „coś”. I o ile na początku sezonu, szczególnie w pucharach, dawało to pożądane efekty, o tyle w lidze – to absolutnie nie to, czego kibic się spodziewa. Cztery zwycięstwa na półmetku sezonu niepokoją. 

Co by Pani powiedziała tym, którzy twierdzą, że piłka nożna nie jest dla kobiet?

– Trochę się rozgadałam w poprzednich pytaniach, więc na te odpowiem krótko: świat się zmienia i być może kilkanaście lat temu kobieta była tu rzadkością, ale teraz? Sporo ich, na wielu różnych stanowiskach, a to na pewno nie koniec…

Instagram: w_labedzka, fot. Przemysław Szyszka

Zdjęcie główne: Przemysław Szyszka

 1,044 wyświetleń

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *